Wysuń menu główne / MAIN MENU «•» wysuń / schowaj MENU
uStronie INDEX
Strona zgodna z najnowszą normą XHTML 1.1.: uStronie :. Spis artykułów / CONTENT
forum | chat | księga gości
INDEX Biblia Artykuły Hebrajski

Holocaust Meksyku

[zob. również w uStroniu artykuł: Papież udaje się na miejsce zbrodni.]

„Już w dwadzieścia lat po rozpoczęciu, w 1492 roku, głoszenia dobrej nowiny w Nowym Świecie, ta [chrześcijańska] wiara dotarła do Meksyku” — powiedział Papież Jan Paweł II podczas wizyty w Meksyku, 27 lutego 1979 roku.

Ale razem z wiarą (co pontifex ma w zwyczaju zawsze przemilczać) przyszły wojny, inkwizycja, niewolnictwo, syfilis — choroba, której oznakami ponoć się pyszniono tak, jak gdzie indziej bliznami po ranach wojennych.

Wraz z katolicyzmem rozprzestrzeniła się przecież „atmosfera rozpasania seksualnego” i właśnie duchowieństwo nader płodnie powiększało Królestwo Boże, najchętniej za pośrednictwem czarnoskórych Mulatek i Murzynek. „Tutaj — podkreślił papież — nie może być żadnej różnicy między poszczególnymi rasami i cywilizacjami”; Chrystus jest bowiem „wszystkim i we wszystkich”. Ale i w jego wybranych oblubieńcach tkwił nie tylko Pan, lecz i syfilis. W klasztorach pobożnych kobiet było go aż nadto. „Wiem dobrze — pochwalił je papież — jak wielki był wkład zakonnic w rozpowszechnianie wiary w Ameryce Łacińskiej (…]. Tutaj pracowały one stale u boku kleru diecezjalnego”.

Rozpasaniu seksualnemu towarzyszyło rozpasanie morderców. Bo „ewangelizacja”, która — według Jana Pawła II — „w tym kraju dokonała się w sposób cudowny”, była i tam, jak przy tylu innych okazjach, połączona z „totalną”, „dogmatyczną”, „świętą” wojną; bynajmniej nie z walką „bladych twarzy przeciw czerwonoskórym”, lecz z walką „chrześcijan przeciwko niewiernym”. To wyjaśnia radykalny charakter rozpowszechnienia dzieła bożego również w Meksyku, a potraktowano tak ludzi całkowicie ufnych, gościnnych, którzy zbliżali się do Hiszpanów dosłownie jak do bogów; pod względem techniki wojennej stali oni na tyle niżej od Hiszpanów, że w końcu ich heroizm nie zdał się na nic, „tak jak daremna byłaby odwaga żołnierzy znad Marny w obliczu dzisiejszej bomby atomowej”.

Indianie całujący papieski pierścień Indianie oddający hołd papieżowi Janowi XXII, w 1961 roku

Mimo poniesionych strasznych ofiar w ludziach, stojąc pod względem etycznym znacznie wyżej od katolików, ci Indios, którzy ocaleli, otrzymali zatem to, co Karol Wojtyła określił w Meksyku jako „podstawy wiary chrześcijańskiej”, „miłość Chrystusa do ludzi”: „Ta miłość nie jest stronnicza, bo nikogo nie wyłącza […]”, to, co propagował jako „dobrą nowinę” przynoszoną „ludziom bez względu na narodowość, poziom kultury, rasę, epokę rozwoju, status społeczny czy warunki życia”, to, co pochwalił jako „dzieło ewangelii i pokoju, oparte na sprawiedliwości i miłości między ludźmi i między narodami”; krótko mówiąc, otrzymali przeciwieństwo „ateistycznego humanizmu”, poznali „wymiar absolutu”: oszustwa, grabieże, tortury, niewolnictwo i masową zagładę.

Posłuszni Rzymowi katolicy bili, dźgali, dusili, zatapiali, palili; wszystko to w imię boże i w imieniu Najświętszej Maryi Panny. Palili królów, wodzów plemion, „czarownice”, całą warstwę rządzącą dawnego Meksyku. Spalili mnóstwo wsi, miast, bezcennych świątyń, wizerunków bogów, dzieł sztuki, prawie całą kulturę Azteków.

Uhonorowany przez papieża w Meksyku jako pierwszy z grona „wielkich postaci krzewicieli dobrej nowiny”, franciszkanin Juan de Zumarraga, pierwszy meksykański arcybiskup, szczególnie wyróżnił się w niszczeniu miejsc kultu. Już w 1531 roku doniósł o zburzeniu ponad pięciuset świątyń i ponad dwudziestu tysięcy „wizerunków bożków”. Kapitan Bernal Diaz del Castillo wyznał zresztą, że Hiszpanom „nie zdarzyło się nigdy takich rzeczy oglądać i nawet nie śniło się o nich […]”. A przecież i Albert Dürer zanotował, będąc w 1520 roku w Brukseli, na dworze Karola V: „I przez całe życie nie widziałem niczego, co by tak radowało moje serce, jak te przedmioty […] i dziwiłem się przemyślności ludzi w obcych krajach”.

krzyż na czele krucjaty Każdej krucjacie, tak samo i konkwiście, przodowali księża i zakonnicy.

Trupy i popiół. „Oni mieli dla tamtych nie tylko o wiele mniej szacunku i litości — pisze Las Casas — a mówię prawdę, bo przez cały czas oglądałem to na własne oczy, nie tylko mniej szacunku i litości niż dla swego bydła, dałby Bóg, żeby nie traktowali ich okrutniej niż bydło, ale nawet znaczyli tamci nie więcej, raczej o wiele mniej niż nieczystości na drogach”. Na mężczyzn i na kobiety szczuli psy, karmione ludzkim mięsem, ćwiartowanymi żywcem indiańskimi niemowlętami. Rozrywali jeńców między dwoma końmi albo dwoma czółnami. Wbijali ciężarne kobiety na pale, przywiązywali ofiary do luf armatnich i puszczali je z dymem, „na większą chwałę Zbawiciela”t; prowadzili je na szubienice, ucięli im setki rąk, nosów, warg, piersi, „z pomocą Boga, Świętej Dziewicy i apostoła Santiago […]”, świętego patrona Hiszpanów, Jakuba, którego rzekomy grób w Santiago de Compostela stanowi od późnego średniowiecza ważny cel pielgrzymek w świecie zachodnim. I to, co jeszcze w XVIII wieku zostało przez Gottfrieda Arnolda określone jako „czyny drapieżnych bestii, istnych diabłów wcielonych”, w XX wieku stanowi dla kardynała Höffnera z Kolonii (kto by pomyślał, że stać go na taką otwartość!) — wyraz „niekłamanej… religijności”!

Tym, których owi szczerzy papiści nie zamordowali, którzy w obliczu ich religii miłości sami nie odebrali sobie życia, jak to często robili w Europie Żydzi, tym ludziom, przy oficjalnej aprobacie teologów, zakładano żelazne obroże na szyje, łańcuchy, i wypalano im na ciałach — w imieniu cesarza oraz w imię wiary chrześcijańskiej — rozżarzonym żelazem literę G (guerra= wojna).

Bezustanne polowanie na ludzi.

Bóg i bogactwo jak pisze Las Casas — królom hiszpańskim dostało się dwieście milionów dukatów w złocie, srebrze i kamieniach szlachetnych; według pewnego badacza z naszych czasów, tamtym gangsterom udało się w ciągu stu pięćdziesięciu lat od początku konkwisty zarobić dwieście pięćdziesiąt siedem milionów czterysta osiemdziesiąt siedem tysięcy czterysta osiemnaście funtów szterlingów i nic innego ich nie interesowało, chyba że kobiety, które ci szczerzy adoratorzy Maryi czynili „brzemiennymi”, żeby je móc drożej sprzedać. Za jednego konia płacili nawet ośmiuset Indianami.

„[…] i po stu latach głoszenia dobrej nowiny — mówił w Meksyku ojciec święty — znalazło się na tym nowym kontynencie ponad siedemdziesiąt biskupstw z czterema milionami chrześcijan”, w końcu tu właśnie „po pięciu wiekach ewangelizacji żyje blisko połowa wszystkich wiernych Kościoła katolickiego […]”. Tak, czyż to nie równoważy dwunastu, może piętnastu milionów maluczkich, mężczyzn, kobiet, „a nawet dzieci”, wymordowanych — jak pisze Las Casas — w ciągu czterdziestu lat?! I prócz tego blisko czterdziestu milionów czarnoskórych?

Szkoda tylko, że papież nie wspomniał nigdy o człowieku, który zdobył cały Meksyk dla katolicyzmu, dla Kościoła, wysławianego wciąż przez Karola Wojtyłę jako instytucja troszcząca się o „ludzką godność”, „broniąca praw człowieka”, „wyspecjalizowana w humanizmie”, natomiast Adolf Hitler przypomniał owego wielkiego katolickiego bohatera 26 stycznia 1936 roku w Monachium, kiedy to przedstawił swoje wyobrażenia o „prawie” do kolonii i posłużył się przykładem krwiożerczej, potwornej grabieży, której dokonał Fernando Cortez „odważny i szlachetny tak nazywa go szczerze katolicki leksykon Herder-Verlag — wykształcony i zasłużony dla propagandy chrześcijaństwa”.

przeżynanie piłą Przerzynanie piłą.

Sam Cortez nazywał siebie „sługą Chrystusa, powiększającym jego władzę”; jego główne zadanie: „rozpowszechnianie wiary katolickiej”. Ma się rozumieć, towarzyszyli mu — podobnie jak Hitlerowi — kapelani polowi, którym polecał wygłaszać kazania, sam zawsze działał w imię boże, w imieniu Matki Boskiej i świętego patrona Hiszpanii. Jego towarzysz broni Bernal Diaz, opowiada: „Codziennie rano czytał brewiarz. Każdego dnia z wielkim skupieniem słuchał mszy. Na patronkę obrał sobie Madonnę”. Wszędzie w Meksyku kazał Cortez pokazywać wizerunki Maryi i wznosić krzyże; na sztandarach jego podpalaczy też widniał krzyż — „znak nadziei dla ludzi w każdej epoce” (Wojtyła). „Poprzez krzyż Bóg ukazał człowiekowi jego godność […]”.

Dzięki Cortezowi nadzieja i godność spod znaku krzyża rozprzestrzeniały się zazwyczaj dopóty, „dopóki na polu nie było już żywych, a za to było pełno trupów” — to jego własne słowa. I do rzućmy zaraz dalsze cytaty z relacji przesyłanych przezeń między rokiem 1520 a 1522 do Karola V, w którego królestwie słońce nie zachodziło, między innymi dzięki Cortezowi! „Szacuję, że pozostało ich niewielu”, „[…] gnaliśmy ich przed sobą przez dwie mile i było to ucieszne widowisko. Wielu z nich dopadliśmy i zadźgaliśmy […]”, „[…] napadłem na dwie wsie, w których zabiłem wielu Indian”, „[…] zdobyliśmy obie wsie, podpaliliśmy je i uradowani wróciliśmy do miasta”, „[…] wrzuciliśmy ogień do ponad trzystu. domów”. „[…] podpaliłem sześć wsi”, „[…] spaliliśmy dziesięć wiosek”, „Ludzie wybiegali z domów bez broni, kobiety i dzieci nago, wszyscy przemieszani. Na początku wielu zabiliśmy […]”, „[…] z okrzykiem bojowym Santiago! napadłem ich znienacka i zadźgałem ponad stu mężczyzn”, „Z okrzykiem Santiago! przejechaliśmy konno szeroki plac i zadźgaliśmy wszystkich, którzy podpadli pod lance […]. Zginęło ponad pięciuset wrogów”, „Przyzywając na pomoc świętego Jakuba, zaczęli oni atakować […] i rzeka, która płynie w dole, była — jak mi doniesiono — czerwona od krwi pomordowanych”, „[…] wtedy to zabiliśmy albo wzięliśmy do niewoli ponad ośmiuset Temikstitańczyków”, „W ciągu dwóch godzin padło wtedy trzy tysiące mieszkańców”, „[…] i pognaliśmy obrońców do jeziora. Zginęło przy tym ponad sześć tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci”. „[…] w tym jednym dniu zabiliśmy albo wzięliśmy do niewoli ponad dwanaście tysięcy Temikstitańczyków”, „Tego dnia […] zabito albo wzięto do niewoli ponad czterdzieści tysięcy Temikstitańczyków”. „Ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi umarło w tym mieście”

To, o czym Cortez lakonicznie informuje swojego katolickiego monarchę, staje się żywsze, a zwłaszcza bardziej krwiste, w pewnym tekście azteckim, opisującym rzeź tysiąca Indian w któreś święto. Jedynie w taki sposób przyczyniano się do zwycięstwa „fundamentalnych praw człowieka”, „dzieła ewangelii i pokoju” — tak było na Haiti, tak w Meksyku i wszędzie indziej w Ameryce Południowej.

rozrywanie na strzępy Rozrywanie na strzępy. W ten sposób zginął między innymi Tupak Amaru — przywódca powstania peruwiańskich Indian przeciw Hiszpanom.

Właśnie wtedy, gdy „krąg tańczących wykonywał najpiękniejsze figury i rozbrzmiewała jedna pieśń po drugiej, w tym szczytowym momencie festynu”, pobożni Hiszpanie wdarli się „na uważany za święty wewnętrzny dziedziniec, żeby wyciąć uczestników zabawy. Przybyli pieszo, mieli w rękach żelazne miecze oraz drewniane i żelazne tarcze. Tak uzbrojeni, zaatakowali tańczących i utorowali sobie drogę do tego miejsca, gdzie bito w bębny. Schwycili dobosza i odrąbali mu ręce. Potem odrąbali mu głowę, która potoczyła się daleko po ziemi. A później napadali na tańczących, dźgali, przebijali ich na wylot, zabijali swoimi mieczami. Niektórych przekłuwali od tyłu i ci padali na ziemię ze zwisającymi wnętrznościami. Innych skracali o głowę; najpierw rozdwajali głowy, a potem roztrzaskiwali je na małe kawałki. Jeszcze innych dźgali w ramiona i otwierały się tym ludziom wielkie rany na plecach. Temu i owemu oderwano ramiona od ciała. Niektórych trafiono w uda i łydki. Innym rozpłatano brzuchy i wnętrzności wylewały się na ziemię. Ten i ów próbował uciec, ale daremnie, bo potykali się o własne trzewia. Jakkolwiek się ratowali, nikt nie ocalał. Jedni próbowali przedostać się na zewnątrz, ale Hiszpanie mordowali ich przy bramach. Inni wspinali się na mury, lecz tych Hiszpanie wbijali na ostrza mieczów […]. Krew wodzów lała się jak woda i zbierała się w kałużach. Kałuże zlewały się ze sobą, sprawiając, że cały dziedziniec świątyni przemienił się w wielkie grząskie bajoro. W powietrzu unosił się odór krwi i wnętrzności. A Hiszpanie rozbiegli się teraz po domach prywatnych i zabili wszystkich, którzy się tam jeszcze ukrywali”.

Ta krwawa orgia jest jedną z tych wielu, którymi Cortez wyludnił Meksyk — Cortez, katolik, który — jak pisał do swego cesarza — zgodnie z nakazami ewangelii „nie chciał odpłacać złem za zło”, który nie tylko kazał swoim kapelanom głosić „najważniejsze prawdy wiary”, ale i sam wygłaszał kazania: „Jesteśmy chrześcijanami i wierzymy tylko w jednego prawdziwego Boga, w Jezusa Chrystusa, który za nas cierpiał […]”. „Wierzymy tylko w niego i dlatego też jego tylko czcimy”. „Na miejscu waszych bożków znajdzie się teraz nasza pełna chwały, święta Pani, matka Jezusa Chrystusa, który jest synem Boga […]”.

Właśnie kult Maryi jest tym, co szczególnie łączy ludobójcę Corteza z papieżem — wszędzie i stale zalecającym nabożną cześć dla niej, i to chętnie właśnie w krajach, w których „spełnił się nakaz Chrystusa”, gdzie „poprzez łaskę chrztu wszędzie przybyło dzieci bożych” — a dzieci szatana trochę ubyło…

Gdy katoliccy Hiszpanie zawitali do Meksyku, żyło tam około jedenastu milionów Indian, a po stu latach — już tylko półtora miliona. W taki sposób Kościół — „broniący praw człowieka”, „wyspecjalizowany w humanizmie” — zdobył dla siebie kontynent, na którym odtąd panuje samowola i terror, na którym odtąd on sam stoi po stronie morderców, dyktatorów, na którym odtąd istnieje niewielka klika wielkich posiadaczy ziemskich, żyjących w fantastycznym przepychu, a prócz nich żyje tam ogromne mnóstwo ludzi wegetujących, niedożywionych, analfabetów, aż do końca XIX wieku były tam społeczności utrzymujące instytucję niewolnictwa, co niewiele się różniło od sytuacji znanej ze starożytnego Rzymu.

top 
[zob. w sieci:] The New World Holocaust!