Wysuń menu główne / MAIN MENU «•» wysuń / schowaj MENU
uStronie INDEX
Strona zgodna z najnowszą normą XHTML 1.1.: uStronie :. Spis artykułów / CONTENT
forum | chat | księga gości
INDEX Biblia Artykuły Hebrajski

Nie ma pokoju pod oliwkami

Jak wszędzie w Izraelu, każdy metr kwadratowy tej ziemi to żywa historia
star Minęły 32 lata od czasu, gdy Wzgórza Golan zostały zdobyte przez Izrael podczas Wojny Sześciodniowej, a mimo to zachowały one swój pierwotny, niemal dziki charakter. Sporą część obszaru uznano za rezerwat przyrody, w którym żyją dziki, wilki i jeżozwierze w dziwnej koegzystencji z kibucami i osiedlami rolniczymi, na ogół oddalonymi od głównych dróg, wtopionymi w przyrodę. Jedynie anteny radarowe wyrzutni rakietowych, ukryte w białych, ochronnych kopułach, szpecą niektóre wzgórza i przypominają, że nie ma pokoju pod oliwkami.

Komunikat meteorologiczny zapowiadał przelotne deszcze, ale jak zwykle straszył na próżno, bo pogoda była piękna, dwadzieścia dwa stopnie w cieniu. Hermon, 2224 metrów nad poziomem morza, nie zdjął jeszcze swojej śnieżnej czapy, ale na płaskowyżu, między bazaltowymi głazami, pierwsze jabłonie wypuściły różowe pąki, a tłuste krowy wyszły na wiosenne pastwiska. Tylko tutaj, na Wzgórzach Golan, bydło korzysta z zieleni i ze świeżego powietrza; we wszystkich innych dzielnicach kraju musi się zadowolić przemysłową paszą i zapachem obory.

Wzgórza Golan Wzgórza Golan
Syria uzyskała niepodległość w 1946 r. Wówczas to przypadły jej w udziale Wzgórza Golan. W czerwcu 1967 r. państwa arabskie zaatakowały Izrael. W wyniku wojny Egipt utracił Półwysep Synajski, Jordania straciła Zachodni Brzeg, a Syria – Wzgórza Golan. W wyniku izraelsko-syryjskiego porozumienia z 1974 r. na Wzgórzach ustanowiona została strefa zdemilitaryzowana, patrolowana przez obserwatorów ONZ.

Wzgórza Golan nigdy nie zostały przez Izrael zaanektowane, ale obowiązuje na nich izraelskie ustawodawstwo. W parlamencie partia Trzeciej Drogi walczy o przyłączenie Wzgórz Golan do państwa Izrael. Jak dotychczas jedynym jej osiągnięciem jest ustawa uzależniająca przekazanie Wzgórz Syrii od wyniku ogólnokrajowego plebiscytu.

Na Wzgórzach Golan mieszka dzisiaj 17 tys. Druzów i 13 tys. Izraelczyków. Tylko 8100 hektarów ziemi nadaje się pod pług. Sady owocowe zajmują 2,5 tys. hektarów. Osadnicy pokrywają 50 proc. zapotrzebowania Izraela na świeże mięso, produkują 60 mln. litrów mleka rocznie, hodują pięć tysięcy owiec i dostarczają odbiorcom 12 tys. ton drobiu. Produkowane tam wina uważane są za najlepsze w Izraelu. Rezerwuary wodne Wzgórz pokrywają jedną trzecią zużycia wody w całym Izraelu.

Szosa nr 99, od granicy libańskiej do podnóża Hermonu, wije się częściowo wzdłuż górskiego potoku Banias, którego bystry prąd mrozi ręce i nogi nawet w najbardziej upalne, subtropikalne lata. To tutaj, w skale nad jego brzegiem, w epoce hellenistycznej zbudowano świątynię Pana, bóstwa opiekuńczego pasterzy i trzód. „Słownik mitologii greckiej i rzymskiej” (wyd. Ossolineum) przypomina nam, że Pan lubił szczególnie świeżość źródeł i cień drzew, a ponadto obdarzony był szczególną aktywnością seksualną, ścigając z równą namiętnością nimfy i młodych chłopców.

Od tego miejsca droga pnie się wzwyż, trzeba położyć cały ciężar stopy na pedale gazu w samochodzie. Na zboczach, po prawej stronie drogi, mija się szczątki syryjskiego umocnienia Tel-Azazyat, gdzie w czerwcu 1967 r. toczyły się krwawe boje. Żaden czołg, żaden pojazd pancerny nie był w stanie sprostać przeciwnościom skalistego terenu, piechota obu walczących stron usłała go ciałami poległych żołnierzy, a ostrzegawcze napisy „Uwaga miny!” wciąż jeszcze odstraszają przypadkowego wędrowca.

Śmierć pasterza

Kiedyś już byłem tutaj, gdy u podnóża tego skalistego stoku przebiegała jeszcze izraelsko-syryjska granica. Pisałem wówczas reportaż o pasterzu trzody, członku pobliskiego kibucu Lahawot Habaszan, zastrzelonym przez syryjskiego snajpera. Było to pod koniec lat pięćdziesiątych. W owym czasie Syryjczycy często otwierali ogień ze swoich stanowisk na Wzgórzach Golan. Ukryci w betonowych bunkrach czuli się bezpieczni, a dolina północnej Galilei leżała w ich celownikach jak na dłoni. Nie było to jednak zwykłe morderstwo. Wydawać by się mogło, że ideowa społeczność kibucu zapewnia człowiekowi nie tylko godny byt, ale również wsparcie moralne w ciężkich chwilach życia. Nie zawsze.

Nasz pasterz, porzucony przez żonę i wykpiony przez współtowarzyszy, załamał się duchowo i wybrał ucieczkę w śmierć. Z własnej woli pognał owce i kozy aż pod graniczne zasieki kolczaste, wiedząc, że jego szerokie plecy skuszą czyjś palec na spuście. Reportaż, odrzucony przez gazetę, w której byłem zatrudniony – socjalistyczny dziennik ruchu kibucowego nie mógł się pogodzić z jego herezyjną treścią – przyniósł mi nagrodę dziennikarską i otworzył drogę do kariery w zawodzie.

Teraz, po czterdziestu latach, wszystko tu wygląda inaczej. W powietrzu stoi cisza, słychać tylko warkot ciężko pracującego silnika. Wyprzedzam autobus wiozący turystów do stacji wyciągów narciarskich na Hermonie. Wprawdzie śniegu za mało na dobry zjazd, ale wsiąść na krzesełko i zawisnąć wysoko między niebem a ziemią to także atrakcja dla „ceprów” z Tel Awiwu. Przed tym zapewne zrobią przystanek na dziedzińcu twierdzy Nimroda, wzniesionej w tym pustkowiu przez Krzyżowców Godfryda z Bouillon.

Woda w miejscu biblijnym

Jak wszędzie w Izraelu, każdy metr kwadratowy tej ziemi to żywa historia. Miasto Golan wymienione jest już w Biblii, w Księdze Kronik. Leżące trochę dalej na południu miasto Gamla, dzisiaj obszar wykopalisk archeologicznych, zostało dokładnie opisane przez Józefa Flawiusza. Ostatnia synagoga Gamli została zrównana z ziemią przez Rzymian. Ale pierwsze ślady ludzkiego osadnictwa na Wyżynie Golan datują się na trzecie tysiąclecie przed naszą erą. Czego szukali tu pierwotni osadnicy, co ich wabiło w te odległe strony? Przypuszczalnie woda. Kryształowo czysta i nie zanieczyszczona do dzisiaj. Topniejące śniegi, górskie potoki i liczne źródła Golanu wciąż jeszcze pokrywają jedną trzecią zapotrzebowania państwa Izrael. Stąd, między innymi, strategiczne znaczenie tych wzgórz.

Jest godzina dziesiąta, poranne mgły staczają się z wyżyn i nikną w zwierciadle jeziora Genezaret, odsłaniając druzyjską wioskę Madżal Szams, po polsku Wieżę Słońca. Przytulona na wysokości tysiąca i stu metrów do południowych stoków góry Hermon łączy w sobie zapach Wschodu i blichtr Zachodu. Pachnie przyprawami korzennymi i drażni smrodem spalin. Przed małą kafejką, w której wąsaty Druz parzy turecką kawę w orientalnym findżanie, parkują Mercedesy i japońskie Toyoty, a szyldy okolicznych sklepów wabią wielokolorowymi napisami po arabsku i po hebrajsku. Okolica pokryta jest sadami jabłoni, które w tym niemal europejskim klimacie wspaniale owocują i które stanowią główne źródło dochodów druzyjskiej ludności.

W krainie Druzów

Tylko tutaj, na północnym krańcu Wzgórz, w czterech sąsiadujących ze sobą wioskach mieszkają Druzowie, wyznawcy religii odmiennej od islamu, ogłoszonej w XI stuleciu przez El-Hakima, szóstego kalifa z kairskiej dynastii Fatymidów, który, uległszy wpływom kultury hellenistycznej, stworzył schizmę w nurcie islamu szyickiego. Gdy w czerwcu 1967 r. wojska syryjskie wycofywały się w popłochu na wschód, Druzowie pozostali w swoich domostwach. Wszyscy inni, nieliczni zresztą, muzułmańscy mieszkańcy Wzgórz Golan porzucili swoje wsie i pociągnęli w ślad za armią, zostawiając za sobą ponad tysiąc kilometrów niezagospodarowanej kamienistej ziemi.

To pustkowie, porośnięte trawą i usiane bazaltowymi szczątkami wulkanicznej lawy, jak magnes przyciągało żydowskich osadników, którzy szukali „wielkiej przygody” i nie stronili od ciężkiej pracy na niewdzięcznej glebie. Łąki były zdradzieckie, pełne kwiatów i min. Ziemia nie nadawała się pod pług. W promieniu dziesiątków kilometrów nie było lekarza, nie było szkoły, nie było sklepu, w którym można by kupić chleb i sól. Nieliczne, wąskie drogi prowadziły donikąd. Gdyby nie geografia i Wschód, można by powiedzieć: Dziki Zachód. Dziki Zachód z całym jego czarem i wyzwaniem.

Na początku osadnicy, jak kowboje, konno wyprowadzali stada na pastwiska. Karabiny przewieszone mieli przez ramię, nie tyle dla obrony przed Syryjczykami, ile raczej przed głodnymi watahami wilków. Dopiero po latach zamienili azbestowe baraki na wygodne domy, sprowadzili z Kalifornii fachowców od uprawy winnej latorośli i zaczęli produkować wino, założyli nowoczesne zakłady hi-tech i zaczęli budować pierwsze miasteczko z prawdziwego zdarzenia, Kacrin, w którym jest i przychodnia, i szkoła średnia, i nawet, a jakże, bogato zaopatrzony supermarket. Ale nawet teraz można długo jechać wzdłuż płaskowyżu nie spotykając po drodze człowieka. Tylko sępy i jastrzębie szybują wysoko nad głową.

Wieści z Polski

Po południu podwieczorek u Tiki i Roniego Levy. Z trojgiem dzieci mieszkają w osiedlu rolniczym Sza’al, niemal w samym środku Wzgórz Golan. Przy dobrej pogodzie widać stąd zarówno śnieg na Hermonie jak i modrą taflę jeziora Genezaret w galilejskiej dolinie. Są trochę spięci: nie, nie wizytą gościa, lecz oczekiwaniem na 17-letniego syna Noama, który w nocy ma wrócić ze szkolnej wycieczki do Polski. Rozmowa klei się z trudem. W ich wyobrażeniu Polska to przede wszystkim wielkie cmentarzysko narodu żydowskiego. Roni pyta, czy Wałęsa wciąż jeszcze jest prezydentem i czy to prawda, że wszyscy Polacy są antysemitami. Próbuję zaprzeczać, ale bez wielkiego powodzenia.

– Poczekamy na Noama, usłyszymy, co powie – kręci głową pan Levy. Ale w nocy, gdy Noam wróci do domu, będę już daleko, w kibucu Merom HaGolan, położonym przy strefie zdemilitaryzowanej, w pobliżu koszar wojsk ONZ, w których dominuje kontyngent polski.

Tiki była technikiem elektroniki w zakładach Rafael, tych samych, które stawały do przetargu o uzbrojenie śmigłowca Huzar. Także Roni pracował w tej firmie. Tam się poznali, pobrali i pokochali. – Zaszłam w ciążę i doszłam do wniosku, że dosyć mam miasta z jego zgiełkiem, dosyć mam dymu fabryk w zatoce haifskiej i dosyć wiecznej pogoni za groszem – opowiada Tiki.

– Osiedle Sza’al szukało nowych osadników. Wszystko, co nam oferowano, to prymitywny barak, jałowa działka ziemi i sporo świeżego powietrza. Roni powiedział „tak”, spakowaliśmy manatki i od dwudziestu lat jesteśmy tutaj. Cztery dni po przyjeździe urodziłam nasze pierwsze dziecko, córkę Rawid.

Dzisiaj państwo Levy mieszkają w okazałym, własnym domu. Siedzą w salonie otoczonym drewnianą galerią, od podłogi do sufitu jest chyba pięć albo sześć metrów, na górze, na galerii, najmłodszy syn Liraz łączy się z rówieśnikami przez Internet. Na podwórzu, wciśnięty między kurniki, parkuje ambulans Czerwonej Gwiazdy Dawida (to izraelski Czerwony Krzyż; w krajach arabskich funkcjonuje Czerwony Półksiężyc. W tej części świata krzyż nie symbolizuje miłości bliźniego). Tiki i Roni ukończyli kursy paramedyczne, oboje są ochotnikami pierwszej pomocy i w razie potrzeby wożą pacjentów do szpitala. Najbliższy wciąż jeszcze oddalony jest o 50 kilometrów.

Powodzi im się dobrze. Zamiast rakiet NTD produkują porzeczki, agrest, maliny i czereśnie. Jest to jedyne tego rodzaju gospodarstwo w Izraelu, w którym tradycyjnymi owocami są cytrusy. Ogrodzili swoje pięć hektarów ziemi, zamontowali nowoczesny, komputerowo sterowany system nawadniania, by w sezonie, od czerwca do sierpnia, wpuszczać na działkę wycieczkowiczów. Za drobną opłatą, równowartość piętnastu złotych, każdy przybysz może się najeść do syta. Kto chce maliny lub porzeczki na wynos, płaci osobno. Na kredensie stoi fotografia dostojnego amatora jagód: Bill Clinton, będąc jeszcze gubernatorem stanu Arkansas, korzystał z koszyka podwójnej wielkości.

Powrót Syrii?

Do niedawna w Sza’al mieszkały 32 rodziny. Każda ma swój własny, wygodny dom. W ubiegłym roku państwo wybudowało w osiedlu dwadzieścia nowych, znacznie skromniejszych domów. Wszystkie są już zamieszkane. Nowi osiedleńcy wpłacają pierwszą ratę, nie więcej niż kilkadziesiąt tysięcy szekli (jeden szekel to mniej więcej złotówka), resztę dostaje się na dwudziestoletnią hipotekę. Powiada Tiki: – Wszyscy mamy dzisiaj po czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat. Żłobek zamknięty, bo nie ma już niemowlaków. Do osiedleńczej wspólnoty przyjęliśmy tylko młode pary z małymi dziećmi. Musimy myśleć o przyszłości. Dodaje Roni: – Prawdę mówiąc, przyszłość nie zawsze rysuje się różowo. Coraz głośniej mówi się o rokowaniach pokojowych, o tym, że Wzgórza Golan, być może, oddane zostaną Syrii. Czy dużo o tym myślę? Oczywiście. Tu jest mój dom, tutaj urodziły się moje dzieci, tutaj mój dobytek. Chowanie głowy w piasek nie rozwiąże problemu.

Wieczorem rozogniona kula słońca kryje się za pasmem wzgórz Galilei, za chwilę skąpie się w Morzu Śródziemnym. Komu w drogę, temu czas. Szosa wiedzie na południe, przez kibuc Merom HaGolan do Hamat Gader, gdzie wciąż jeszcze działają otwarte, lecznicze łaźnie założone przez Rzymian. Na ścianie meczetu dawnych syryjskich koszar jakiś żołnierz nabazgrał napis: „Życie zawdzięczam Bogu, śmierć niosą chłopcy z plutonu”. Samorodny poeta. Powietrze pachnie hiacyntami. Teraz kwitną i odurzają. Spokój. Cisza. Przestrzeń.

Jutro znów Tel Awiw, upał i zgiełk. Samochodowe radio przynosi sprawozdanie z Damaszku. Hafez el-Asad został wybrany na prezydenta Syrii na następną siedmioletnią kadencję. Otrzymał 99,8 proc. głosów. Skąd ja to znam, te wspaniałe wyniki? I zaraz po tym pierwsze prezydenckie przemówienie w parlamencie: Wzgórza Golan, zapewnia Asad, wkrótce wrócą do macierzy…

topRoman Frister POLITYKA NUMER 17/1999 (2190)