Wysuń menu główne / MAIN MENU «•» wysuń / schowaj MENU
uStronie INDEX
Strona zgodna z najnowszą normą XHTML 1.1.: uStronie :. Spis artykułów / CONTENT
forum | chat | księga gości
INDEX Biblia Artykuły Hebrajski
3 artykuły:  Duża mniejszość   •   Kto swój, kto wróg   •   Gorzki cukierek

Duża mniejszość

Co piąty obywatel Izraela jest Arabem
Dziewięciu arabskich obywateli Izraela zostało aresztowanych za udział w zamachach terrorystycznych. Po raz pierwszy w dziejach współczesnego państwa żydowskiego Arabowie izraelscy ulegli wpływom fundamentalistycznych organizacji islamskich. Po wysadzeniu w powietrze samochodów-pułapek w Hajfie i Tyberiadzie, fundamentaliści grożą zakłóceniem zapowiadanej na marzec wizyty papieża. Szin-Bet, izraelska służba bezpieczeństwa, domaga się delegalizacji tego ruchu.
lotnisko w Tel-Avivie

Tego samego dnia, o tej samej godzinie, odgłosy potężnych wybuchów w uzdrowiskowej miejscowości nad jeziorem Genezaret oraz w portowej dzielnicy Hajfy, mimo iż nie spowodowały ofiar w ludziach, wstrząsnęły izraelską opinią publiczną. W obu przypadkach samochody-pułapki wyleciały w powietrze przed zaplanowanym czasem eksplozji. Terroryści padli ofiarą własnej nieostrożności, nie wyrządzając większej szkody. Izraelczyków zbulwersował fakt, że wykonawcy i organizatorzy zamachu to nie ludzie Hamasu czy Dżihadu Islamskiego z Gazy lub Zachodniego Brzegu, lecz mieszkańcy spokojnej, malowniczej wsi Daburije, przylegającej do stoku góry Tabor w Dolnej Galilei.

Dwadzieścia procent ludności państwa Izrael to mniejszość arabska, licząca około miliona osób. 700 tys. z nich to muzułmanie, pozostali są chrześcijanami lub Druzami i Czerkiesami. Wszyscy posiadają izraelskie obywatelstwo, mają swoją reprezentację w parlamencie, ich młodzież studiuje na uniwersytetach, a zamieszkane przez nich wsie i miasteczka wyglądają dostatnio, o niebo lepiej od podobnych osiedli w krajach ościennych. Nawet jeśli całkowite równouprawnienie jest czasami martwą literą prawa, ludność arabska w Izraelu zawsze była lojalna wobec państwa i, jak dotychczas, nigdy nie uwikłała się w zbrojną konspirację.

Okres intifady, rokoszu palestyńskiego, który rozognił w latach osiemdziesiątych tereny okupowane przez Izrael, był dla izraelskich Arabów czasem szczególnie trudnego egzaminu obywatelskiego. Palestyńczycy w strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu nawoływali swoich ziomków żyjących w państwie żydowskim do wykazania solidarności narodowej – i nie doczekali się odzewu. Ani jeden spośród miliona arabskich mieszkańców Izraela nie sięgnął po broń, ani jeden nie udzielił im czynnej pomocy. Liderzy tej mniejszości ograniczali się do słownych deklaracji, potępiających okupację. Wydawać się mogło, że taki stan rzeczy trwać będzie zawsze. Pewność ta okazała się mitem. Nazajutrz po wybuchach w Hajfie i Tyberiadzie władze bezpieczeństwa aresztowały dziewięciu członków podziemnej organizacji terrorystycznej, związanej z ośrodkami fundamentalistów islamskich działających poza granicami Izraela. Oczekiwane są dalsze aresztowania. Oficjalnie nie podano nazwy kraju, z którego wyszły dyspozycje, ale nie jest chyba przypadkiem, iż w tym samym czasie król Abdallah wydalił z Jordanii kilku ekstremistów. Uzyskali oni azyl w Iraku.

Skrajnie prawicowe ugrupowanie Moledet (Ojczyzna) uzyskało w majowych wyborach tylko jeden mandat w Knesecie. Był to rodzaj wotum nieufności wyborców w stosunku do partii, która uważa mniejszość arabską za piątą kolumnę zagrażającą bezpieczeństwu kraju i domaga się jej wysiedlenia z Izraela. Kto nie pamięta, temu warto przypomnieć: pojęcie „piąta kolumna” zostało ukute podczas wojny domowej w Hiszpanii, kiedy to cztery kolumny faszystowskich powstańców szły na Madryt, a piąta, składająca się ze szpiegów i sabotażystów, działała w stolicy.

Użycie tego określenia w stosunku do arabskiej mniejszości zostało ostro potępione przez premiera Ehuda Baraka i ministrów jego gabinetu. Po wypadkach w Hajfie i Tyberiadzie premier wezwał Izraelczyków do „zachowania zdrowego rozsądku”, prosząc, aby nie potępiać miliona obywateli za zbrodnicze czyny jednostek. Mimo to zszokowana opinia publiczna coraz głośniej pyta, czy można im nadal ufać. Długi cień podejrzliwości padł na stosunki Arabów i Żydów wewnątrz państwa, podważając pięćdziesięcioletnie współżycie, korzystne dla obu stron.

W warunkach izraelskiej demokracji, zapewniającej wszystkim obywatelom wolność wyznań religijnych, niektóre meczety we wsiach i miasteczkach przekształciły się w wylęgarnie narybku młodych fundamentalistów. Duchowni muzułmańscy, niektórzy kształceni w seminariach na Zachodnim Brzegu, otwarcie apelują do uczuć narodowych wiernych, a liczne kazania poświęcone są idei wspólnoty wszystkich wyznawców islamu. W takiej wspólnocie, czerpiącej ze skrajnej ideologii Braci Muzułmańskich, na Bliskim Wschodzie nie ma miejsca ani dla Izraelczyków, ani dla chrześcijan.

Władze bezpieczeństwa szukają obecnie dowodów bezpośredniego związku między indoktrynacją tego rodzaju a zakładaniem terrorystycznych komórek Hamasu w samym sercu Izraela. Socjolodzy, historycy i dziennikarze szukają odpowiedzi na pytanie: kiedy i gdzie popełniliśmy błąd?

Mimo oficjalnie głoszonego równouprawnienia, muzułmańscy obywatele Izraela, coraz częściej określający się jako „Palestyńczycy w Izraelu”, są częściowo dyskryminowani. Ponieważ nie podlegają obowiązkowi powszechnej służby wojskowej, nie korzystają z przywilejów nadawanych osobom kończącym tę służbę; odnosi się to przede wszystkim do subwencjonowanych przez państwo pożyczek hipotecznych na zakup mieszkania. Arabskie osiedla korzystają z niższych subwencji na finansowanie usług municypalnych, zakłady przemysłu zbrojeniowego odmawiają zatrudniania Arabów, nawet jeśli posiadają odpowiednie kwalifikacje. Poziom szkół z arabskim językiem wykładowym jest zazwyczaj niższy aniżeli szkół hebrajskich.

Wszystko to stworzyło podatny grunt dla muzułmańskiej antyizraelskiej propagandy. Do tego dodać należy zrozumiałe utożsamianie się nowego pokolenia z dążeniami do stworzenia niepodległej Palestyny. Wielu izraelskich muzułmanów cierpi na swoiste, ideowe rozdwojenie jaźni. Liberalni politycy, trzymający obecnie ster rządów, widzą możliwość poprawy stosunków wewnątrz kraju przez zwiększenie budżetu dla sektora arabskiego oraz przez zlikwidowanie dyskryminacji na rynku pracy. Niestety, po wykryciu hamasowego podziemia, religijni i skrajnie prawicowi posłowie torpedują wszelkie idące w tym kierunku wysiłki.

W Izraelu działa legalny ruch islamistów. Jego liderzy odżegnują się wprawdzie od aktów przemocy i terroru, ale nie czynią niczego, aby oczyścić atmosferę. W dniu, w którym przywódcy tego ruchu potępili zamachowców, działacze terenowi ustawili na ulicach Nazaretu czarne trumny z napisem „Rok 2000”. Z megafonów padały obelgi nie tylko pod adresem Żydów, ale także chrześcijan. Każdy, kto nie wyznaje islamu, jest wrogiem. Całkiem otwarcie zapowiedziano akcję, której celem ma być uniemożliwienie zapowiedzianej wizyty papieża w mieście. Wbrew nakazom sądowym, demonstranci odmawiają usunięcia czarnych flag z parceli sąsiadującej z bazyliką. Muzułmanie zamierzają wznieść tam ogromny meczet, jednak urząd miejski i chrześcijański burmistrz Nazaretu Rams Dżerajsi sprzeciwiają się temu stanowczo. Na spornej parceli często dochodzi do rękoczynów.

Niedawno znaleziono w Nazarecie zmasakrowane zwłoki dziewięcioletniego Ali Abasa Szchadi. Rodzice chłopca, członkowie ruchu islamskiego, oskarżają miejscowych chrześcijan o mord i grożą krwawą zemstą. Policja postawiona została w stan najwyższego pogotowia. Jeśli dojdzie w mieście do rozruchów, to storpedują one uroczystości Milenium. Tego właśnie pragną islamiści hołdujący prawom Koranu i odmawiający chrześcijanom wszelkich praw do Ziemi Świętej. Dla miasta, spodziewającego się w przyszłym roku trzech milionów turystów, byłaby to prawdziwa katastrofa.

W najbliższym czasie terroryści ze wsi Daburija, leżącej tylko kilka kilometrów na południe od Nazaretu, staną przed sądem. Ale wyrok, jakikolwiek by był, na pewno nie zakończy sprawy. Współżycie Żydów i Arabów nigdy nie było małżeństwem z miłości. Przez pięćdziesiąt lat obie strony kierowały się wspólnym interesem. Teraz nastąpił w tym długotrwałym małżeństwie z rozsądku pierwszy poważny kryzys.

topRoman Frister z Tel-Awiwu polityka NUMER 41/1999 (2214)



Kto swój, kto wróg

Co piąty obywatel Izraela jest Arabem
Przez ponad pół wieku stosunki z arabską mniejszością układały się niemal poprawnie. Teraz zaostrzający się konflikt palestyńsko-izraelski zmusza muzułmańskich obywateli państwa żydowskiego do wyraźnego sprecyzowania ich stanowiska. Koniec sielanki?

Szeroka asfaltowa wstęga wijąca się między wzgórzami Wadi Ara łączy centralny Izrael z Galileą na północy. Jest to jedna z bardziej ruchliwych arterii komunikacyjnych w tym kraju. Na zielonych zboczach po obu stronach szosy bieleją arabskie wsie, minarety meczetów strzelają w niebo, większość rodzinnych domów to nowe budynki, świadczące o względnym dobrobycie. U wjazdu do miasteczka Um El Fahm, tuż obok stacji benzynowej, zatrzymujemy samochód przed restauracją Mustafy. Zamawiamy tehinę, tradycyjną potrawę z utartych sezamków i pity, czyli placki wypiekane w specjalnym glinianym piecu. Mustafa patrzy na nas z lekkim zdziwieniem. Od ponad dziesięciu miesięcy nie miał żydowskich klientów. Po burzliwych październikowych demonstracjach Izraelczycy z Tel Awiwu, Hadery lub Haify przestali odwiedzać arabskie restauracje. Wszystko to dzieje się nie na terenach okupowanych, gdzieś w Gazie lub na Zachodnim Brzegu, lecz w samym sercu Państwa Izrael.

Wartość krwi

To tutaj, na tym skrzyżowaniu tuż przy świeżo odmalowanej stacji benzynowej, 1 października 2000 r. wzburzony tłum młodych Arabów zablokował płonącymi oponami jedną z centralnych izraelskich arterii komunikacyjnych, ciskał kamienie w zatrzymujące się samochody, uzbrojony w żelazne drągi, a ponoć także w pistolety, atakował przejezdnych. Wkrótce poszła z dymem także stacja benzynowa, notabene własność miejscowego Araba. Było to w przeddzień żydowskiego święta Sądnego Dnia. Podobne rozruchy wybuchły także w Nazarecie i w kilku galilejskich wioskach. Nikt nie wiedział, czy był to dobrze zorganizowany akt solidarności z palestyńską intifadą, czy też spontaniczny wyraz ogólnego niezadowolenia. Wiadomo tylko, że policja szybko zaprowadziła porządek. Ofiarą jej interwencji padło dziesięciu demonstrantów, kilkunastu zostało rannych.

– Prawdą jest, że tłum zagrażał bezpieczeństwu ruchu na szosie – tłumaczy Mustafa, stawiając przed nami talerzyki z tehiną, czarnymi oliwkami i zielonym pieprzem. – Ale także Żydzi demonstrują od czasu do czasu, lewica przeciw prawicy, prawica przeciw lewicy, a ortodoksyjni przeciw wszystkim. Blokują ulice, podpalają opony i rzucają kamienie. Nie słyszałem jednak, aby policja kiedykolwiek otworzyła do nich ogień. Okazuje się, że nasza krew jest mniej warta, że jednak jesteśmy obywatelami drugiej kategorii.

Pod naciskiem opinii publicznej ówczesny premier Ehud Barak powołał specjalną komisję śledczą pod przewodnictwem sędziego Sądu Najwyższego Teodora Ora. Teraz dopiero komisja kończy przesłuchiwanie świadków. Jeden z ostatnich, Ibrahim Halil Sulejman z Nazaretu, opowiadał sędziom o tym, jak wychodząc z domu zapytał stojących w pobliżu policjantów: „Czego chcecie od nas?” W odpowiedzi jeden z nich roześmiał się głośno i strzelił, dziurawiąc mu śledzionę. Inspektor policji Andrej Kizner potwierdził w swoich zeznaniach, że podlegli mu posterunkowi nie przestrzegali rozkazu strzelania w nogi, strzelali na oślep.

Komisja Ora wkrótce ogłosi wyczerpujące sprawozdanie. Bez względu na jego treść już dzisiaj można stwierdzić z całą pewnością, iż dokument ten doleje oliwy do ognia. W końcu Arabem jest co piąty obywatel Izraela. Jaki jest status społeczny tej tak sporej mniejszości, jakie jej prawa na papierze, a jakie w rzeczywistości? A z drugiej strony – w jakiej mierze Palestyńczycy obywatele Izraela – bo teraz wolą się oni określać w ten sposób – są lojalnymi obywatelami państwa, w którym żyją i z którego dóbr materialnych korzystają?

Kryzys w małżeństwie z rozsądku

Przez pięćdziesiąt lat, niemal od powstania państwa żydowskiego, stosunki z mniejszością arabską układały się w miarę normalnie. Żyjący tu Arabowie mieli bardzo ograniczone aspiracje narodowe, a już na pewno nie marzyli o państwowej niepodległości. Działo się tak przede wszystkim dzięki tradycyjnym strukturom rodzinnym i plemiennym, w których starszyzna była jedynym reprezentantem mniejszości żyjących w Izraelu. Szejkowie i muhtarzy (sołtysi), nauczeni wielosetletnim doświadczeniem zdobytym podczas panowania otomańskich sułtanów, wiedzieli, że tajemnicą koegzystencji jest bezkrytyczna akceptacja władzy zwierzchniej. Turcy, po nich Anglicy, a w końcu także Izraelczycy szybko pojęli, że kto ma arabską starszyznę w kieszeni, ten zapewnia sobie lojalność i spokój. Był to rodzaj małżeństwa bez miłości, trochę z przymusu podyktowanego okolicznościami, trochę z rozsądku.

Historycy i socjologowie twierdzą, że syjonistyczny ruch Żydów osiedlających się w Palestynie był najistotniejszym katalizatorem palestyńskich dążeń do narodowego samookreślenia. Po prostu służył jako wzór do naśladowania. Powstanie Organizacji Wyzwolenia Palestyny w latach sześćdziesiątych, jej ideologia negująca prawo Żydów do własnego państwa, przy równoczesnym braku pełnego równouprawnienia mniejszości muzułmańskiej w Państwie Izrael przyspieszyły ten proces. Nastąpił szybki rozpad istniejącej hierarchii społecznej, starszyzna kolaborująca z władzą utraciła autorytet, jej miejsce zajęły partie polityczne.

Początkowo była to partia komunistyczna. Komuniści, wspierani ideowo i finansowo przez Związek Radziecki, zaczęli tracić popularność po rozpadzie ZSRR przede wszystkim dlatego, że ich cele polityczne okazały się nieosiągalne. W obliczu wzrastających wpływów islamu w całym świecie arabskim prymat szybko przeszedł w ręce partii religijnych. Ostatnio zaś do głosu coraz częściej dochodzą populistyczni liderzy, bazujący na frustracji młodego pokolenia nie znajdującego sobie miejsca w izraelskim społeczeństwie.

Kolejne rządy w Jerozolimie nie zauważyły tych zmian w porę, nie umiały lub nie chciały dostosować do nich swej polityki wewnętrznej. Mimo iż izraelscy Arabowie osiągnęli znacznie wyższą stopę życiową aniżeli ich ziomkowie w państwach ościennych, tylko nielicznym udało się zająć należne im proporcjonalnie miejsce na wyższych uczelniach, na bardziej intratnych posadach lub na stanowiskach państwowych. Arabski samorząd korzysta z niższych dotacji niż żydowskie miejskie i wiejskie gminy, a przed młodymi Palestyńczykami obywatelami Izraela, ustawowo zwolnionymi od służby wojskowej, zamknięta jest droga do świadczeń przysługujących byłym wojskowym. Dotyczy to przede wszystkim subwencjonowanych pożyczek hipotecznych oraz odpraw wypłacanych młodym ludziom po odbyciu trzyletniej obowiązkowej służby w armii. Ponadto równolegle do natężenia ruchu oporu Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w strefie Gazy coraz ostrzej wyłania się kwestia samookreślenia; tutejsza arabska młodzież nie może już udawać, że konflikt bliskowschodni jej nie dotyczy. Tak więc, siłą rzeczy, coraz częściej zadaje sobie pytanie: jaką flagę powinna wywiesić na maszcie – izraelską, czy palestyńską?

Od słów do czynów

Przed miesiącem stanęło przed sądem czterech mieszkańców miasteczka Um El Fahm. 34-letni Ibrahim Dżawabra oraz młodsi od niego o dziesięć lat Wisam Dżabarin, Bar’a Agbarija i Wafi Zitałi oskarżeni są o współdziałanie z islamistyczną organizacją Hamas w Nablusie na Zachodnim Brzegu. W ramach tej współpracy zamierzali podłożyć materiały wybuchowe w kilku skupiskach ludności w Izraelu. Żaden z nich nie wykazał skruchy. Wręcz przeciwnie. Z ławy oskarżonych głośno deklarowali solidarność z gnębionym narodem palestyńskim. Jeśli prokuratura udowodni im winę, czeka ich kara wieloletniego więzienia.

Kilka miesięcy temu dziewięciu mieszkańców pobliskiej wsi Daburija powędrowało do cel więziennych za udział w zamachach bombowych w Hajfie i nad brzegiem jeziora Genezaret. Był to pierwszy przypadek czynnego udziału izraelskich Arabów w palestyńskim rokoszu i siłą rzeczy wzbudził powszechne oburzenie. Dla licznych Izraelczyków było to także gwałtowne przebudzenie ze snu o sielankowej koegzystencji Żydów i Arabów wewnątrz kraju.

W gruncie rzeczy przypadki stosowania terroru są sporadyczne. Większość arabskiej mniejszości woli korzystać z zapewnionej ustawodawstwem wolności słowa i z zasad izraelskiej demokracji, umożliwiającej pełne wykorzystanie trybuny parlamentarnej. Od dwóch-trzech lat następuje gwałtowna radykalizacja wystąpień arabskich posłów w Knesecie. Poseł Azmi Bszara, który jak wszyscy inni posłowie rozpoczynając swoją kadencję składał państwową przysięgę wierności, podczas wizyty w Syrii nawoływał kraje arabskie do zjednoczenia się wokół walki z państwem żydowskim. Immunitet poselski uniemożliwia oskarżenie go o zdradę stanu. Jedyną sankcją jest bojkot. Gdy Azmi Bszara wchodzi na mównicę, sala ogólnego zgromadzenia natychmiast pustoszeje. Bszara mówi do protokołu. W pierwszych dniach sierpnia policja zarzucała posłowi Abd El Malk Dahamszy, że podjudzał tłum do obrzucania kamieniami Żydów modlących się pod Ścianą Płaczu. W zamieszkach zostało rannych 19 policjantów i sześćdziesięciu Palestyńczyków.

Przykładów takich można wymieniać wiele. Ale „palestynizacja” arabskiej mniejszości dokonuje się także po cichu, niemal podziemnym nurtem. W tym roku, po raz pierwszy, religijne ruchy muzułmańskie zorganizowały kolonie letnie dla dzieci – wszystkie na obszarze wsi arabskich zniszczonych podczas Wojny Wyzwoleńczej, w latach 1948–1949. Nauczyciele opowiadają nastolatkom to, czego nie uczy się ich w szkole: o losie ich dziadków, którzy uciekli, lub zmuszeni zostali do ucieczki, zaraz po powstaniu Państwa Izrael. Równocześnie rozmaite fundacje dokonują spisu mienia „zagrabionego przez Izraelczyków”.

Jak na razie cenę tego powrotu do dumy narodowej płaci mniejszość arabska. Żydzi z obawy o własne bezpieczeństwo, ale także powodowani polityczną niechęcią, przestali odwiedzać sklepy i targi w arabskich wsiach; Mustafa z restauracji w Wadi Ara nie jest wyjątkiem. Izraelscy pracodawcy coraz rzadziej zatrudniają arabskich robotników i urzędników; bezrobocie wśród Arabów przekracza 12 proc., w niektórych regionach dochodzi do 20 proc., podczas gdy krajowa przeciętna wynosi 8,6 proc. Rząd premiera Baraka przeznaczył miliard dolarów na inwestycje w sektorze arabskim, ale jak dotychczas kasa Ministerstwa Skarbu pozostaje zamknięta. Polityka ta znajduje w Izraelu społeczne poparcie, bo niby dlaczego dawać pieniądze ludziom, którzy nas nienawidzą.

Nie od rzeczy będzie jednak przytoczyć pewne dane demograficzne. O ile każda rodzina żydowska ma statystycznie 2,6 dzieci, to wśród izraelskich Arabów wskaźnik ten wynosi 4,6 (to jest 46 dzieci na każde

10 rodzin). Koła narodowe i skrajnie prawicowe dopatrują się w nim zagrożenia przyszłej egzystencji Izraela jako państwa żydowskiego i syjonistycznego. To zdecydowanie nie ułatwia dialogu.

topRoman Frister z Tel-Awiwu polityka NUMER 36/2001 (2314)



Gorzki cukierek

Jak być Arabem z izraelskim paszportem
Konflikt izraelsko-palestyński pogłębia z miesiąca na miesiąc wewnętrzny duchowy konflikt miliona izraelskich Arabów. Kim są? Czy mogą być lojalnymi obywatelami państwa żydowskiego zachowując swoją palestyńską tożsamość? Czy mogą obojętnie patrzeć na cierpienie ziomków? Pytań jest mnóstwo, odpowiedzi – coraz trudniejsze.

Ibrahim Dżabla, jeden z przywódców zbrojnego ramienia Hamasu, zginął podczas wymiany strzałów z izraelskimi żołnierzami w obozie uchodźców w Dżeninie. Szałas żałobników stanął we wsi Mukibla, po izraelskiej stronie granicy. W szałasie takim, zgodnie z muzułmańską tradycją, opłakuje się śmierć bliskich. Ibrahim był bratem Amanii Dżabla, mieszkanki wsi. Pod chroniącą od słońca szarą markizą, na plastikowych, białych krzesłach, członkowie rodziny przez tydzień przyjmowali kondolencje krewnych i znajomych, niemal niekończący się korowód gości. Każdego poczęstowano cukierkiem symbolicznie słodzącym gorycz żałoby.

Szałasy żałobników w Mukibli, jak zresztą w większości arabskich wsi i osiedli w Izraelu, są ostatnio zjawiskiem niemal codziennym. Nie ma chyba nikogo wśród izraelskich Arabów, kto nie miałby bliskich krewnych na Zachodnim Brzegu lub w Strefie Gazy. Śmierć ginących tam odbija się echem tutaj.

Zrywane przyjaźnie

Amania siedzi pod portretem brata, przystojnego 40-letniego brodatego mężczyzny. – Szahid – wskazuje na portret. Nie wiadomo, czy jest to tylko stwierdzenie faktu, czy wyraz dumy. Szahid to muzułmanin, który stracił życie w jedynie słusznej sprawie Proroka. Trudno rozróżnić uczucia rodzinne od poczucia przynależności narodowej. Matka Amanii urodziła się w Dżeninie, wyszła za mąż za mieszkańca Mukibli, niektóre z jej dzieci znów przeniosły się do Dżeninu, niektóre żyją w Izraelu. Jedne są obywatelami państwa Izrael, inne bezpaństwowymi mieszkańcami terenów okupowanych. Losy rodzin żyjących tu od wielu pokoleń, jeszcze z okresu Imperium Osmańskiego, splotły się w ścisły węzeł; żadne wojny, żadne granice, żadne traktaty nie są go w stanie rozplątać.

Nieliczni przyłączają się do palestyńskiego ruchu wyzwoleńczego, czynnie wspomagając terroryzm. Syn mieszkanki Mukibli wysadził się niedawno w powietrze w hajfskiej restauracji Matza, zabijając i raniąc dziesiątki biesiadników. Prasa donosi o sporadycznych aresztowaniach izraelskich Arabów oskarżonych o współpracę z islamistami z Zachodniego Brzegu. Wiadomości takie rzucają cień podejrzenia na całą arabską społeczność w Izraelu. Działacze skrajnej prawicy określają ją mianem piątej kolumny i nawołują do przesiedlenia arabskiej ludności do krajów ościennych. Izraelskie środowiska liberalne zawsze potępiały takie zamiary. Teraz coraz częściej milczą. Wieloletni sąsiedzi, Żydzi i Arabowie, zrywają przyjaźnie. Coraz bardziej masowe są demonstracje solidarności z palestyńskim ruchem oporu. Działacze legalnego w Izraelu Ruchu Islamskiego organizują transporty żywności i odzieży dla Palestyńczyków w obozach uchodźców. Arabscy posłowie do Knesetu, korzystając z parlamentarnego immunitetu, a także duchowni w meczetach otwarcie nawołują do buntu.

Cena solidarności

W poniedziałek, o siódmej rano, w korku przed wjazdem do miasta Hadera utknęła kolumna samochodów i autobusów. Władze obawiały się nowego zamachu. Niebezpieczeństwo wydawało się być realne, bo przecież niedawno wyleciała w powietrze sala w Haderze, w której kilka rodzin obchodziło urodziny dwunastoletniej dziewczynki. Szosa była przecięta kolczatkami, uzbrojeni żołnierze w hełmach i kuloodpornych kamizelkach sprawdzali dowody osobiste każdego, kto wydawał im się podejrzany. A najbardziej podejrzani wydawali się być Arabowie. Tak jak wszyscy inni na ogół zdążali do pracy w mieście. Gdy policjant kazał Ziadowi Abu Mokah otworzyć bagażnik i zaczął szperać między rozrzuconymi tam narzędziami, ten, rozeźlony i rozgoryczony, zapytał:

– Dlaczego się mnie czepiacie?

– Bo nigdy nie wiadomo, czego się można po was spodziewać – padła odpowiedź.

Ziad jest studentem college’u w pobliskiej Natanii. Trzy razy w tygodniu jeździ ze swojej wsi Baka el Garbija na uczelnię; za każdym razem, gdy natyka się na policyjną blokadę, jest sprawdzany o wiele dokładniej niż inni kierowcy.

– Czuję, jak wyrasta wokół mnie, wokół nas wszystkich, zimny mur niechęci i braku zaufania – powie wieczorem, gdy usiądziemy przy kawie. – To prawda, że kilku izraelskich Arabów zostało aresztowanych za współudział w działaniach palestyńskich bojowników, ale nie należy generalizować. Wprawdzie większość solidaryzuje się z walką narodu palestyńskiego do samostanowienia, ale nie oznacza to, że każdy, kto demonstruje lub podpisuje protestacyjne odezwy, gotów jest sięgnąć po broń. Daleka jest droga od słów do czynów. Solidaryzuję się z Arafatem, domagam się zakończenia izraelskiej okupacji, nie ukrywam swoich poglądów, dyskutuję na ten temat na uczelni, bo serce moje jest po stronie bojowników w Nablusie i Dżeninie. Podobnie jak moi rówieśnicy żyję w ciągłej rozterce duchowej, nie daję sobie rady z określeniem tożsamości, nie potrafię precyzyjnie wyznaczyć granicy między moją osobowością jako obywatela Izraela i jako Palestyńczyka. Czym wyższy mur niechęci i braku zaufania, tym trudniej pogodzić te dwa określenia.

Wieś Baka el Garbija leży w środkowym Izraelu. Jej najbardziej na wschód położone domy dotykają dawnej linii granicznej, która do 1967 r. oddzielała Izrael od Jordanii, a teraz stanowi tak zwaną zieloną linię między Izraelem a terenami okupowanymi. Mniej niż sto metrów na wschód zaczynają się zabudowania palestyńskiej Baka el Szarkija. Między dwiema siostrzanymi miejscowościami nie ma stałych posterunków ani żadnego granicznego przejścia. Słupy graniczne wyznaczałyby podział na dwa państwa, rzecz nie do pomyślenia w okresie obecnych rządów. Wystarczy jednak spojrzeć na obie wioski, aby zrozumieć różnice. Po stronie izraelskiej dostatek uderza w oczy. Domy są w większości nowe, ulice asfaltowane, ozdobione zieleńcami, w nocy oświetlone. Po drugiej stronie – ciemno i nędznie.

– Wstyd mnie ogarnia, że my tutaj siedzimy przy względnie tłustym korycie, gdy nasi bracia głodują – mówi właściciel wiejskiej kafejki i zaraz dodaje usprawiedliwiająco: – Co miesiąc wpłacam pięćdziesiąt dolarów na islamski fundusz pomocy.

Jest to, rzecz jasna, także rodzaj asekuranctwa. Na tych, którzy odłączają się od głównego nurtu, wszyscy patrzą krzywym okiem. Ale nawet najzagorzalsi poplecznicy Ruchu Islamskiego nie są skłonni zapłacić najwyższej ceny za solidarność. W toku publicznej izraelskiej debaty o możliwościach rozwiązania konfliktu padła propozycja przyłączenia niektórych arabskich miejscowości, szczególnie tych mocno przesiąkniętych palestyńskim duchem narodowym, do przyszłego państwa palestyńskiego. Pomysł spotkał się z kategorycznym sprzeciwem arabskich obywateli Izraela. Nikogo nie pociąga nędzne życie pod skorumpowaną, dyktatorską władzą Jasera Arafata.

Schowana gwiazda Dawida

Także dr Faruk Muasi mieszka w Baka. Jest poetą i pisarzem, głosuje na arabską postkomunistyczną partię Hadasz, ale zdaje sobie sprawę, że życie to nie poezja. Gdy rozmawiamy o zamachach na cywilną ludność, potępia je jednoznacznie, mimo iż słowo terroryści nie istnieje w jego leksykonie. – To są nieszczęśliwi, zdesperowani ludzie – powie.

– Trzeba zrozumieć ich los, aby sądzić intencje i czyny. Będę im zawsze pomagał nie łamiąc prawa. Nie widzę niczego zdrożnego w demonstracjach na rzecz Palestyńczyków, ale żyć pragnę w Izraelu, korzystać z demokracji tego kraju. Umiem oddzielić walkę o nasze prawa do równouprawnienia wewnątrz Izraela od walki o niepodległość Palestyny ze stolicą w Jerozolimie. Nie popieram irredenty. Niczym nie różnię się od izraelskiej lewicy, ale gdy podnoszę głos, uważany jestem za wroga. Taki stosunek nie zapowiada niczego dobrego. Jak tak dalej pójdzie, to któregoś dnia nasza młodzież zacznie uważać się za wroga Izraela.

Trzydziestopięcioletnia Kafah Massarwa, absolwentka uniwersytetu w Vermoncie, USA, jest dyrektorem wydziału edukacji w miejscowym samorządzie. Ją także oburzają głosy domagające się przesiedlenia arabskiej ludności Izraela. – Transfer? Nie wchodzi w rachubę! Cóż to, czyżbyśmy byli czyjąś własnością jak przedmioty? Groźba przesiedlenia nie zamknie nam ust. Mamy prawo domagać się niepodległej Palestyny, mamy prawo protestować przeciw brutalnej polityce Szarona i mieszkać w Izraelu.

Kobieta w wiejskiej kawiarence, gdzie tylko mężczyźni sączą słodką, gęstą, turecką kawę i pociągają dym z nargili, jest zjawiskiem dosyć niecodziennym. Feminizm i równouprawnienie kobiet nie są jeszcze atrybutem tej społeczności. Bywalcy kafejki uważnie przysłuchują się naszej rozmowie, ale wolą nie wyrażać zdania. Wszyscy wiedzą, że wieś jest spenetrowana przez policyjną agenturę, że ktoś gdzieś skrzętnie zapisuje każde nieostrożne słowo. Ci, którzy nie znajdują odwagi, by powiedzieć, co myślą, znajdują inne drogi wyrażenia uczuć. 17 kwietnia Izrael święcił 54 rocznicę niepodległości. Na żadnym domu, na żadnej szkole ani na żadnym urzędowym budynku nie powiewała niebiesko-biała flaga z gwiazdą Dawida. Nie ulega wątpliwości, że z punktu widzenia Izraela narasta tutaj problem, nad którym, w imię współżycia, nie można przejść do porządku dziennego.

topRoman Frister z Tel-Awiwu polityka NUMER 20/2002 (2350)