Wysuń menu główne / MAIN MENU «•» wysuń / schowaj MENU
uStronie INDEX
Strona zgodna z najnowszą normą XHTML 1.1.: uStronie :. Spis artykułów / CONTENT
forum | chat | księga gości
INDEX Biblia Artykuły Hebrajski

Załatwione odmownie

Tygodnik „Wprost”, Nr 1074 (29 czerwca 2003)
Jan Winiecki

Gdyby nie ropa naftowa, kraje arabskie byłyby dzisiaj równie biedne jak Afryka na południe od Sahary

Jan Winiecki

Kiedy rozważa się szanse rozwoju postsaddamowskiego Iraku, warto najpierw uświadomić sobie kilka faktów, przede wszystkim dotyczących punktu wyjścia i przyczyn obecnego zacofania.
Według historyków gospodarczych (np. Charles'a Issawiego), „Bliski Wschód znajdował się na o wiele niższym poziomie [rozwoju gospodarczego] w XVIII w. niż w X-XI w.”, a schyłkowi gospodarczemu towarzyszył upadek intelektualny i kulturalny. Nie tylko rolnictwo regionu, który był w starożytności eksporterem żywności, ale także np. rzemiosło obniżały przez stulecia swoją produkcję i eksport. Z upływem czasu produkty niegdyś eksportowane z krajów arabskich (papirus, potem papier, szkło, cukier i inne) nie tylko przestały być wywożone za granicę, ale stały się przedmiotem importu, głównie z zachodniej Europy. Jedynie pośrednictwo w handlu przyprawami przynosiło jeszcze wielkie korzyści, ale ciągłe podnoszenie marży przez egipskie państwo mameluków (w XV w. wynosiła ona już 1000 proc. i więcej!) przyspieszyło poszukiwania Europejczyków bezpośredniej drogi do Indii i dalej do „wysp korzennych” południowo-wschodniej Azji. Po pojawieniu się w Azji Portugalczyków, a potem Holendrów, i to źródło dochodów zaczęło wysychać. Pozostało jedynie wyciskanie żywotnych soków z miejscowego rolnictwa, rzemiosła i handlu, co w następstwie słabnących bodźców do tworzenia bogactwa umacniało tylko tendencje schyłkowe.

załatwione odmownie

Gorzej tylko w Afryce!

Piszę o tym dlatego, by rozwiać nonsensowne - typowo marksistowskie i „politycznie poprawne” - poglądy na temat rzekomych skutków kolonializmu dla krajów arabskich. Ich upadek gospodarczy, a w najlepszym razie stagnacja na poziomie sprzed stuleci, zaczęły się kilkaset lat wcześniej! Gdyby nie ropa naftowa, która umożliwiła niektórym krajom arabskim osiągnięcie dość wysokiego PKB na mieszkańca (a innym pozwoliła korzystać z niego dzięki przekazom od pracujących tam gastarbeiterów), kraje arabskie byłyby dzisiaj równie biedne jak Afryka na południe od Sahary. Nawet z ropą naftową produkt krajowy brutto wszystkich krajów arabskich jest jednak mniejszy niż PKB Hiszpanii!

Są jakieś przyczyny tego, że - jak wynika z prac Timura Kurana - znaczący odsetek ludności wyznającej islam jest w badaniach statystycznych negatywnie skorelowany z wielkością PKB na mieszkańca. Wprawdzie dotyczy to większej liczby krajów niż kraje arabskie, ale nie zmienia istoty rzeczy, to znaczy negatywnego wpływu dominującej religii na rozwój gospodarczy. Wielu zajmujących się islamem badaczy uważa wprawdzie inaczej, ale np. ekonomista Arthur Lewis (nie mylić z badaczem świata islamu Bernardem Lewisem) nie ma wątpliwości, że są religie, które mniej lub bardziej sprzyjają rozwojowi gospodarczemu, jeśli chodzi o ich wpływ na takie cechy, jak znaczenie wartości materialnych, uczciwość, skłonność do oszczędzania, inwestowania i eksperymentowania oraz ponoszenia związanego z tym ryzyka, równość szans w działalności gospodarczej i inne. I uważał islam za religię raczej nie sprzyjającą rozwojowi.

Ci, którzy nie wiążą niepowodzeń w rozwoju gospodarczym z islamem, zwracają uwagę na rozkwit gospodarczy w szczytowym okresie ekspansji islamu od VIII w. do XII w., a także na rozwój nauki i kultury. Nie przyjmują oni do wiadomości, że być może rozkwit ten nastąpił mimo wpływu islamu. Podboje wstrząsnęły tradycyjnymi strukturami plemiennymi zwycięskich nomadów z Półwyspu Arabskiego i doprowadziły do przemieszania się zwycięzców z elitami podbitych krajów (znajdującymi się na znacznie wyższym poziomie cywilizacji!). Drastyczne zmiany społeczne, jak wynika ze znanego dzieła Mancura Olsona „Rozkwit i schyłek narodów”, burząc zastygłe struktury, sprzyjają przyspieszeniu rozwoju gospodarczego. Inaczej mówiąc, sukces został osiągnięty dzięki wykorzystaniu nagromadzonej wcześniej wiedzy i umiejętności w podbitych krajach i ich wzbogaceniu wigorem i energią zwycięzców.

Zakrzepnięcie islamu

Jeszcze inne podejście wiąże upadek cywilizacyjny i ekonomiczny krajów arabskich ze zmianami w samym islamie. Otóż, według tej interpretacji, rygoryzm religijny doprowadził w IX-XI w. do zamknięcia możliwości interpretacji islamu (ijtihad), jedynej drogi dostosowania jego nakazów i zakazów do zmieniających się wymagań rzeczywistości. Likwidacja tej możliwości - jak podkreśla sławny arabista Bernard Lewis - wywołała obawę przed samodzielną oceną rzeczywistości, upadek (i tak niewysokiego!) stopnia ciekawości wobec świata zewnętrznego i skłonności do tworzenia wiedzy i praktycznych innowacji.

Ijtihad oznaczał, że odpowiedzi na wszystkie pytania już są w islamie, i jedyne, co pozostało, to słuchać gotowych recept i postępować zgodnie z nimi. Konsekwencje powyższego były daleko idące. Na przykład nauka uległa skostnieniu. Nie jest przypadkiem, że w encyklopedii osiągnięć naukowych islamu wydanej w 1987 r. aż dwie trzecie zajmują nazwiska uczonych żyjących przed 1250 r. i nie ma ani jednego urodzonego po 1750 r.! Współcześnie sytuacja nie jest wcale lepsza. Naukowy wkład naukowców z wszystkich krajów arabskich, mierzony liczbą publikacji, równy jest 1 proc. publikacji uczonych z Izraela!
Wywołane niemożnością interpretacji skostnienie przeniosło się do systemu kształcenia, w którym przez stulecia dominowały zresztą szkoły religijne. Wiedza przekazywana w szkołach była traktowana jako zamknięty zbiór informacji, a nie jako instrument pozwalający uczącemu się na używanie własnych zdolności analitycznych, wykorzystywanie zdobytego aparatu krytycznego do oceny sytuacji i podejmowanie decyzji na tej podstawie.

Antyinnowacyjność jest zawsze szkodliwa dla rozwoju gospodarczego, niezależnie od tego, czy spowodowana została „świecką religią” komunizmu, czy wszechogarniającą sprawy ludzkie religią islamu. A najogólniej rzecz ujmując, zakrzepnięcie myślenia, wynikające z obawy przed złamaniem obowiązujących dogmatów, szkodzi także gospodarce. Dlatego religijne wymagania dotyczące sprawiedliwej ceny, godziwej płacy, zakazu pobierania procentu, itp. powodują, że kapitalistyczny rynek nie jest akceptowany. Można oponować, wspominając podobne recepty chrześcijańskich duchownych w średniowieczu (patrz np. krótki, lecz znakomity esej Jacques'a Le Goffa „Sakiewka i życie”!), ale też odpowiedź ciśnie się sama. Chrześcijaństwo borykało się z tymi problemami 700-900 lat temu. Ile jeszcze czasu potrzeba więc islamowi, by dostosował się do ekonomicznych wymagań współczesności?

Szanse Iraku

Na tym zróżnicowanym, ale zdecydowanie niekorzystnym tle perspektywy rozwoju kapitalistycznej gospodarki rynkowej nie wyglądają przesadnie optymistycznie. Oczywiście, strumień dochodów z ropy naftowej będzie czynnikiem podwyższającym poziom życia Irakijczyków. Ale poza ropą naftową zacofanie gospodarcze Iraku nie daje szans na szybki rozwój jakiejkolwiek gałęzi gospodarki. Mała Finlandia eksportuje więcej produktów rolnych i przemysłowych niż kraje arabskie razem wzięte (bez ropy naftowej)! Transformacja postkomunistyczna w Europie Środkowo-Wschodniej dokonywała się znacznie szybciej, niż będzie przebiegać w Iraku proces tworzenia gospodarki o zbliżonym poziomie efektywności. Wynika to z różnic instytucjonalnych, decydujących o rozwoju gospodarczym w dłuższym okresie. Chociaż w swej publicystyce krytykuję niski poziom gwarantowanego konstytucją liberalizmu w naszym kraju, to jednak instytucje w Polsce (i innych krajach naszego regionu) nieporównanie bardziej sprzyjają rozwojowi. Zakres akceptowanych wolności politycznych, obywatelskich i ekonomicznych jest u nas znacznie większy niż w Iraku czy gdziekolwiek indziej w krajach arabskich, chociaż te wolności są w Polsce niekonsekwentnie stosowane. Amerykanie mają przed sobą trudne i na wiele lat zakrojone zadanie. Należy im życzyć wytrwałości, stanowczości w działaniu i nieprzejmowania się opiniami rozmaitych„ekspertów”, którzy w sprawach pokoju mają tak samo niewiele sensownego do zaoferowania jak wcześniej w sprawach wojny.

topRoman Frister z Tel-Awiwu POLITYKA NUMER 47/2002 (2377)