Wysuń menu główne / MAIN MENU «•» wysuń / schowaj MENU
uStronie INDEX
Strona zgodna z najnowszą normą XHTML 1.1.: uStronie :. Spis artykułów / CONTENT
forum | chat | księga gości
INDEX Biblia Artykuły Hebrajski

Jarmułkowa dolina

Izrael: Wywiad od lat jest kuźnią talentów komputerowych
jarmułkowa dolina Tylko tego nam brakowało — westchnął gen. Jehuda Segew, szef działu kadr w sztabie generalnym. Na jego biurku leżała rozłożona gazeta zwiastująca kłopoty. Nie, nie była to wiadomość o nowej irackiej broni masowego rażenia ani też informacja o Hezbollah planującej dalsze akty terroru. Artykuł donosił, iż amerykański gigant elektroniki koncern Lucent Technologies nabył izraelską firmę Chromatis za cztery i pół miliarda dolarów.

Suma to bajońska, gdy wziąć pod uwagę, że Chromatis nie sprzedała na razie niczego i nie zarobiła jeszcze ani jednego dolara. Wszystko co posiada, to technologię zwiększającą o połowę przepustowość istniejących światłowodów w telekomunikacji miejskiej.

Właściciele firmy Orni Petruszka i Rafi Gidron, trzydziestoletni inżynierowie-programiści, zainkasowali po 675 mln dolarów, a 120 pracowników Chromatisu, posiadających udziały w założonym przed dwoma laty przedsiębiorstwie, zarobiło po 30 mln. Wszystko to brzmi jak bajka, ale jest częścią nowej izraelskiej rzeczywistości, w której w błyskawicznym tempie wyrasta nowa elita społeczna — pracownicy przemysłu hi-tech.

Łowcy głów

Jak grzyby po deszczu wyrosły w Jerozolimie, w telawiwskich suburbiach, gdzie zbudowano dzielnicę Przyszłość, ogromny kompleks biurowców — a także na dalekiej prowincji, w Galilei i na skraju pustyni Negew nowoczesne kolonie szklanych domów. Nie te z Żeromskiego, nie dla ludzi parających się piórem, lecz fachowców piszących rewolucyjne komputerowe programy, produkujących coraz bardziej skomplikowane struktury półprzewodników i znajdujących coraz to nowe sposoby wykorzystywania Internetu. Wielu z nich zarabia krocie, buduje dla swoich młodych rodzin luksusowe wille i zasiada za kierownicą samochodów, które dla przeciętnego śmiertelnika są niedoścignionym marzeniem.

Jeszcze przed dziesięciu laty młodzi geniusze musieli szukać szczęścia i pieniędzy daleko za oceanem. Teraz mózgi te, pracujące w budynkach ze szkła i stali, wysunęły państwo żydowskie — według danych giełdy Nasdaq — na drugie miejsce w świecie, zaraz po kalifornijskiej Dolinie Krzemowej, pod względem zaangażowanego kapitału. Odwrócił się kierunek biznesowej wędrówki. Nie trzeba już emigrować do Ameryki — Ameryka przybywa do Izraela. Gmachy miejscowych filii Motoroli, Cisco, Intel i innych światowych koncernów stały się nieodłącznym elementem izraelskiej przemysłowej urbanistyki, a piątkowe wydania hebrajskich gazet publikują specjalne dodatki z setkami ogłoszeń, za pomocą których dziesiątki firm w rubryce Start-up poszukują wykwalifikowanych współpracowników. Wysokie pobory i akcje giełdowe mają na celu zwerbowanie techników i inżynierów zatrudnionych w konkurencyjnych przedsiębiorstwach; równocześnie na izraelskim rynku pracy powstał nowy zawód: łowcy głów. Także oni zaliczają się do dobrze zarabiających. Za zwabienie wybitnie uzdolnionego programisty płaci się sumy z co najmniej czterema zerami.

Izrael ma 135 inżynierów na każdy tysiąc pracowników; Stany Zjednoczone — „tylko” 70, a Japonia — 65. Wysoka liczba osób z wykształceniem inżynierskim stanowi klucz do zrozumienia izraelskiego zawrotnego sukcesu. Kiedyś każda szanująca się żydowska mama chciała mieć syna lekarza lub adwokata. Dzisiaj tysiące młodych ludzi, oczarowanych możliwościami tkwiącymi w nowoczesnych technologiach, wypełnia sale wykładowe uczelni specjalizujących się w inżynierii komputerowej, biotechnice, elektrooptyce, aeronautyce i innych zawodach, jakby żywcem wziętych z „Gwiezdnych Wojen”. Wielu z nich studiuje na koszt armii, która szuka wszelkich możliwych sposobów, aby zbudować kadrę oficerską dostosowaną do potrzeb przyszłościowego pola bitwy.

Ale służbowe samochody do prywatnego użytku, obietnica pracy w laboratoriach badawczych i znaczące dodatki do poborów nie wytrzymują konkurencji z warunkami oferowanymi przez nowe spółki akcyjne. Stąd ciężkie westchnienie generała Jehudy Segewa: bo przecież żaden, nawet najlepszy wojskowy inżynier nie ma szansy na zarobienie 675 mln dolarów; także nie trzydziestu milionów, jak to miało miejsce w przypadku pracowników Chromatis; nie zarobi nawet marnych stu tysięcy. W najlepszym przypadku otrzyma list dziękczynny i wdzięczność narodu. A to dla tych najbardziej uzdolnionych wśród zdolnych trochę za mało. Nic więc dziwnego, że armia przegrywa w wyścigu z prywatnym przemysłem.

Gil Szwider, dzisiaj 32-letni główny akcjonariusz firmy Check Point, której wartość rynkową ocenia się na 16 mld dolarów, w dużej mierze zawdzięcza swojązawrotną karierę służbie wojskowej w tajnej jednostce 8200. Od dziesiątego roku życia każdą wolną chwilę spędzał przed monitorem komputera, często zaniedbując naukę w szkole i wywołując głębokie niezadowolenie rodziców, o których mówi, że „dali mu dobre polskie wychowanie”. Jego zainteresowanie sprawiło, że po mobilizacji do obowiązkowej trzyletniej służby czynnej szybko znalazł się w wywiadzie, w jednostce komputerowej.

— Miałem wówczas dziewiętnaście lat, pomagałem budować programy zabezpieczające informację przepływającą w sieciach przed niepożądaną ingerencją obcych wywiadów — opowiada Gil. Praca ta była muzą, która sześć lat później natchnęła go pomysłem stworzenia podobnego programu do użytku cywilnego. Wraz z dwoma wspólnikami, kolegami ze szkoły i z wojska, wynajął ciemne trzypokojowe mieszkanie w Ramat Ganie koło Tel Awiwu. Zaprzyjaźnione przedsiębiorstwo skłonne było zainwestować w młodych komputerowych entuzjastów skromną sumę 300 tys. dolarów. Chłopcy pracowali 16 godzin dziennie i wypijali setki butelek coca-coli. Wynik — program Firewall zabezpieczający transakcje handlowe i bankowe w Internecie — zdobył rynki światowe i już w ciągu pierwszego roku przyniósł 3 mln zysku. Dzisiaj Check Point zajmuje całe trzydzieste czwarte piętro w ogromnym biurowcu i zatrudnia ponad 800 inżynierów i techników w Izraelu, w Europie i w Ameryce. Spora część zatrudnionych zdobyła komputerowe ostrogi, podobnie jak Gil Shwider, w jednostce 8200. Niemal wszyscy posiadają akcje firmy i są zamożnymi ludźmi.

Wywiad, a także inne skomputeryzowane jednostki od wielu lat są kuźnią młodych talentów. Gil studiował na Uniwersytecie w Tel Awiwie. Jego zdaniem uczelnia daje niezbędne podstawy naukowe, lecz bez wojskowej praktyki izraelscy absolwenci nigdy nie przekroczyliby progu między sukcesem a wielkim sukcesem. Nic więc dziwnego, że młodzi oficerowie coraz częściej zamieniają mundur na cywilne ubranie.

W sztabie generalnym traktuje się to zjawisko jako poważne zagrożenie. Nowoczesny sprzęt laserowy i elektrooptyczny, nabywany za ponad miliard dolarów rocznie, niewiele jest wart bez ludzi, którzy potrafią go skutecznie uruchomić. Dowództwo floty nie robi tajemnicy z faktu, że na zbudowanych ostatnio w niemieckich stoczniach okrętach podwodnych typu Delfin zamiast etatowych czterech inżynierów służy dzisiaj tylko dwóch. W jednostkach rakietowych, w siłach powietrznych lub w nowoczesnych bateriach artylerii sytuacja nie przedstawia się lepiej.

Szampan i kawior

W połowie sierpnia na ustach wszystkich znalazło się przyjęcie wydane przez Chamiego Peresa i Ramiego Kalisza, głównych udziałowców w firmie Polaris, dla 800 „osobistych przyjaciół”. W podmiejskim luksusowym hotelu na śródziemnomorskim wybrzeżu szampan lał się jak woda, tace czerniały od astrachańskiego kawioru, a humory także były szampańskie. Gdy Polaris Venture Capital stawiała pierwsze niemowlęce kroki, latem 1993 r., z trudem udało się zmobilizować 20 mln dolarów. Na gorące lato 2000 r. planowano emisję akcji za 300 mln. Firma ogłosiła, że ma więcej niż potrzebuje, gdy emisja na amerykańskiej giełdzie Nasdaq wniosła jej 500 mln. W ciągu ostatnich trzech miesięcy izraelskie firmy komputerowe zmobilizowały na Wall Street 1750 mln dolarów. W czwartym kwartale 2000 r. prawdopodobnie przekroczą dwumiliardowy pułap.

Tradycyjne przemysły — tekstylny, metalowy, spożywczy czy budowlany — spoglądają z zazdrością na błyskawiczny rozwój hi-tech. Podczas gdy wskaźnik bezrobocia u tradycyjnych osiąga 8 proc., w komputerowej branży coraz głośniej mówi się o konieczności sprowadzenia kilku tysięcy fachowców z krajów Dalekiego Wschodu, a tutejsze ministerstwo edukacji boryka się z problemem braku licealnych nauczycieli programowania. Ideowi syjoniści, którzy jeszcze kilkadziesiąt lat temu marzyli o pionierskim żydowskim państwie opartym przede wszystkim na uprawie ziemi, z rozczarowaniem śledzą gwałtowny przeskok od pracy fizycznej do pracy umysłowej w najściślejszym tego słowa znaczeniu. Ale także oni rozumieją, że nic nie może zatrzymać postępu: „żydowska głowa” więcej jest warta od żydowskich rąk.

topRoman Frister z Tel-Awiwu POLITYKA NUMER 37/2000 (2262)